Wspólnota Przymierza NOWY PĘD
Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu!
Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej,
niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych.
Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców,
wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć;
 i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone,
i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to co jest, unicestwić,
tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga
Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie,
który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem,
 aby, jak to jest napisane, w Panu się chlubił ten, kto się chlubi.
1 Kor 1:26-31
Zaloguj Zarejestruj

Zaloguj się na swoje konto

Użytkownik *
Hasło *
Pamiętaj mnie

Utwórz konto

Fields marked with an asterisk (*) are required.
Jak się nazywasz *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Twój e-mail *
Powtórz e-mail *
Captcha *
Reload Captcha
A A A

Anna Małgorzata Budzińska


Dziwna jest ta ikona. Niepokojąca i niezrozumiała na pierwszy rzut oka. O co tam chodzi? Apostołowie tak się przestraszyli, że aż pospadali? I te kolory- szaro- bure, a jednak jakoś świetliste... Hmm... może jednak wybiorę inne święto?

Załóż się dziś ze mną. Do końca dnia powiedz komuś coś o Jezusie Chrystusie. Odważysz się? A jeśli tak, to czy przyjmiesz kolejne wyzwanie?

Nigdy nie ukrywałem, że gdy idzie o temperament najbliżej mi do świętego Hieronima, który cierpiał chyba na jakąś formę hypergrafii (czyli pisał, pisał, a w przerwach też pisał), a tych, którzy go zdenerwowali traktował niczym działko szybkostrzelne.

Pociecha, że na starość człowiek się jednak w obyciu wygładza, szlag trafia mnie więc coraz rzadziej. Ciekawe – w jakich okolicznościach. Gdy bowiem czytam, co wypisuje o naszym Kościele Kasia Wiśniewska, albo gdy słucham prześmiesznej w swym dziecinnym antyklerykalizmie posłanki Senyszyn, mam ochotę przytulić, wyjaśnić, czasem popukać się w głowę, czy zadziwić. W ciągu ostatnich kilku lat pamiętam może dwie sytuacje, w których naprawdę obudził się jednak we mnie duch przodków spod Grunwaldu i w ruch poszły dwa nagie miecze.

Ostatnia miała miejsce parę dni temu, na wakacyjnym zlocie religijnej młodzieży. Przez godzinę starałem się powiedzieć kilkuset słuchaczom coś o najważniejszej Osobie i najważniejszej sprawie w moim życiu: o Jezusie i o Ewangelii. Wierzę, że wśród tych kilkuset osób było choć kilka, które wyszły stamtąd – przekonane czy nie – ale ze świadomością, że popchnęliśmy sprawy do przodu, że to spotkanie miało jakiś sens.

Pewności nie mam, bo znacznej większości tych, którzy odważyli się zabrać głos w serii pytań, nie interesowała rozmowa o Jezusie. Interesował ich TVN, ojciec Rydzyk, in vitro i to czy na pewno jestem „katolickim“ dziennikarzem.

Jezusofobia

Nie ma się co rozwodzić nad wystąpieniem młodej pani, która zbluzgała mnie za to, że wstrętnie „rozwadniam chrześcijaństwo“ i robię z niego „amerykańską“ wydmuszkę, że (podobno) nienawidzę o. Rydzyka, że „jestem trochę za aborcją i trochę za in vitro“ (tu nie wytrzymałem i brutalnie wyjaśniłem, jak bardzo owa pani w swej chrześcijańskiej, acz ślepej, nienawiści do mnie błądzi), i że – uwaga – te wszystkie rzeczy, które robię w Afryce też świadczą przeciwko mnie, bo „pan głosi jakiegoś Boga, który jest samym miłosierdziem, a wiadomo że tak nie jest“. Znam ja też już dobrze jej starsze koleżanki, z których jedna podeszła do mnie i z siostrzanym uśmiechem, mocno trzymając mnie za ręce (by egzekucja była z ducha katolicka) wyjaśniała mi przez parę minut, że robię szatańską robotę, mieszając dobro ze złem i zatruwając młodym ludziom głowy (uparcie pytałem o jakiś przykład, ale pani odpowiadała tylko, że go nie ma, ale „mocno tak czuje”).

Znacznie bardziej zafrapowały mnie trzy minirozmówki z  księżmi, którzy też odważyli się skorzystać z okazji, że byłem na miejscu i nie trzeba było złościć się na telewizor (było tam też sporo innych, fajnie się z nimi gadało off the record, ale „na antenie” pojawić się jednak nie chcieli). Jednego z nich przekonywałem, by mieć odwagę zuchwale, bez racjonalistycznych lęków wierzyć w Boże cuda. On mnie „odprzekonywał”, że „nie ma co czekać na jakieś wielkie cuda, bo cudem jest to, że żyjemy”. Znam tego księdza, fantastyczny człowiek. Ale to tak odpowiadali apostołowie tym, którzy przychodzili do nich z prośbą o modlitwę wstawienniczą? W Piśmie stoi jak wół, że gdy głosi się Słowo, ta nauka potwierdzana jest cudami i znakami, czy nie stoi? Jezus mówił, że wystarczyłoby, żebyśmy mieli wiarę wielkości ziarenka, by góry latały w tę i z powrotem, czy nie mówił? Zmyślał czy przesadzał? Ja, tępy świeczuch, mam przekonywać kapłana? Całe szczęście na finał osiągnęliśmy konsesus. Okazało się, że ksiądz z parafianami od kilku dni modlił się o deszcz, a podczas naszej rozmowy zaczęło lać jak z cebra.

Inny ksiądz zachęcał mnie do tego, żebym wreszcie był „katolicki”, żebym w końcu przestał „tak okrakiem”, żebym odważnie złożył świadectwo w mediach. Nie zauważył, że właśnie z powodu wierności temu, co mówi mój Kościół dwa razy straciłem ostatnio robotę (ale nie dorabiam sobie aureoli męczennika). Jego pierwszą troską było więc, czy mam legitymację. Drugą: dlaczego do TVN24 nie zaprasza się prawdziwych, kościelnych autorytetów od… teologii moralnej i prawa kanonicznego (chyba chodziło o sprawę ks. Lemańskiego)! Drogi Księże – mówię mu – zostawmy żesz wreszcie tę teologię moralną, przestańmy utwierdzać ludzi w przekonaniu, że chrześcijaństwo to „wolno – nie wolno”. Jakie są nasze duchowe początki? Co robili pierwsi chrześcijanie? Opowiadali o idei? O organizacji? Skąd, o Osobie, którą realnie spotkali! Na tyle skutecznie, prawdziwie i z taką pasją, że ludzie rzucali wszystko w co wrośli i mówili: ufamy Mu, też chcemy iść za Nim!

Świata nie zbawia idea, organizacja czy moralność. Świat zbawia Bóg Człowiek. Dlatego, sorry, ale mam w nosie, czy w TVN24 pojawi się ksiądz, który po raz 157. opowie mi o szalce Petriego, chciałbym tam WRESZCIE zobaczyć takiego, który powie tam o Jezusie coś takiego, że wszystkim koparki opadną i nawet wydawcy (którzy słyszeli już wszystko) się zasłuchają i nie zdążą go wyłączyć! Ksiądz mi na to, że jego zdaniem wielkie rzeczy dzieją się w cichości i nie chodzi o to, żeby kogoś zachwycać. Próbuję wyobrazić sobie apostołów, którzy wychodzą z podobnego założenia. Chrześcijaństwo kończy się w połowie drugiego wieku, czy w trzecim?

Jezusofobia

Z tym księdzem też jednak ostatecznie osiągnęliśmy konsesus (on się chyba przekonał, że ja wierzę, ja – że on inaczej widzi metody, ale cel mamy ten sam). Trzeci kapłan to był gwóźdź do trumny, w której spoczęło moje ewangelizacyjne pragnienie. Bierze mnie na stronę. „Przepraszam, bo mnie jedna rzecz poruszyła jak pan mówił”. Cały się cieszę! Alleluja! „No jak pan mógł odpowiadając tej dziewczynie tak niemiło powiedzieć o Radiu Maryja, przecież to takie piękne dzieło…”. Odpowiadam: Księże, błagam, ksiądz ma swój sąd w tej kwestii, ja mam swój. I ja, i ksiądz, i Radio – wszyscy się w Kościele mieścimy. Czemu nie chce ksiądz ze mną porozmawiać o tym, jak pokazać Pana światu? „No ja wiem, ja wiem, ale przecież biskupi o Radiu Maryja mówią, że jednak jest katolickie…”. Gdybym był niewierzący, to bym sobie strzelił w łeb. Z armaty.

Dość literatury przygodowej, czas na wnioski. Ogromnie się cieszę, że tam pojechałem. Dostałem ostro po głowie i dzięki temu ułożyło się w niej jasno, coś co dotąd telepało się po pustej czaszce. Najważniejszym kłopotem polskiego Kościoła AD 2013 nie jest wcale żadne laicyzujące się otoczenie. Jest nim „Jezusofobia“ wierzących. Lęk przed mówieniem o Panu, wielomóstwo o wszystkim innym.

Po pierwsze: utopienie Ewangelii w moralinie. Przypadłość i księży i świeckich, którzy powierzoną im Dobrą Nowinę przekazują dalej tak: jak będziesz grzeczny – dostaniesz lizaka, a jak nie – Bozia zbije ci duchową pupę. To nie sukces naszej ewangelizacji – to jej wielka klęska, że każdy w tym kraju jest w stanie powiedzieć coś o stosunku Kościoła in vitro, a zapytany o Jezusa zacznie dukać pięć zdań zapamiętanych z katechezy. Takie ustawianie optyki: chrześcijańskie życie to mecz o jak największą liczbę nie puszczonych goli, mecz w którym szatan jest napastnikiem, Maryja lekarzem ekipy, a Bóg sędzią, to prosta droga do spoganienia rzesz naszych katolików, którzy przekonani o tym, że muszą z tym wszystkim poradzić sobie sami, w porę nie przełączą się na Bożą moc i przegrają życie.

Nie wiem, jak może nas nie boleć to, że ludzie wciąż dyskutują dziś o słabościach człowieka, a nie o mocy Boga („który może uczynić nieskończenie więcej niż chcemy czy rozumiemy”). Nie wiem jak może nas nie trafiać szlag, gdy widzimy, że Bóg kojarzy się dziś światu nie z nadzieją i pokojem. Że kaznodzieje plotą o bogatym młodzieńcu wszystko, tylko nie to, co najważniejsze – że gdy on przychodzi, zdaje raport z moralnego życia i pyta co ma robić, Jezus mu odpowiada, że nie ma już nic robić. Ma rzucić się w przepaść, zakochać w Nim, być z Nim, bo dopiero tu zaczyna się chrześcijaństwo, bo to On jest źródłem moralności i gwarantem siły.

Jezusofobia

To nasz drugi, fundamentalny kłopot: nasze chrześcijaństwo nie jest już chrystocentryczne, ono zmienia się w publicystykę i coraz sprawniej sobie bez Chrystusa radzi. Zbierzmy z ostatnich kilku miesięcy medialne wypowiedzi znanych księży (ale i chrześcijańskich publicystów). Że to niereprezentatywna próba? Po pierwsze: rozmowy w studiach i na łamach są odbiciem naszych prywatnych rozmów, po drugie: skoro mówisz publicznie, to nawet gdy tematem rozmowy jest pogoda, postarasz się przecież przemycić to, czym żyjesz i oddychasz (jeśli rzeczywiście tym żyjesz). Przeczytajcie, odtwórzcie, sprawdźcie sami: ile miejsca zajęli w nich ks. Lemański, abp. Hoser, o. Mądel, o. Rydzyk, Hanna Gronkiewicz – Waltz, Polska Rada Chrześcijan i Żydów, a ile zajął Jezus?

Żeby nie poprzestać na jękołach, żeby popchnąć jakoś świat do przodu – proponuję konkretne ćwiczenie. Ładnych parę lat temu założyłem się z kolegą, że podczas najbliższej bytności w TVN24, niezależnie od tematu rozmowy, powiem na antenie właśnie słowo „Jezus”. Kolega przegrał butelkę dobrej whisky, bo powiedziałem nie raz, a pięć czy sześć razy. Nie powiem – nie było łatwo się przemóc. No bo: czy to czas i miejsce? Czy można ludzi indoktrynować? No bo przecież świeckie państwo, no bo przecież uznają za dewota. Dziś mam to serdecznie w nosie. Muzułmanin może co minutę powtarzać „inszallach“, polityk wymieniać swoich lewych czy prawych idoli, a ja nie mogę wymienić Imienia, dzięki któremu ten świat już zawsze będzie miał sens, w którym jest prawda, moc i piękno?

Jezusofobia

Załóż się dziś ze mną. Do końca dnia powiedz komuś coś o Jezusie Chrystusie. Odważysz się? A jeśli tak, to czy przyjmiesz kolejne wyzwanie? Przyjąłeś chrzest. Otrzymałeś bierzmowanie. To nie były administracyjne obrzędy, potwierdzające przynależność do klubu, tylko zupełnie realne wyposażenie Cię w moc samego Boga, który chce przez Ciebie leczyć chore, lepić rozbite, wydobywać ludzi z rozpaczy i nie potrzebuje ci dawać do tego kolejnych specjalnych delegacji. Ty to wszystko możesz zrobić, już, teraz, tutaj, dzisiaj – nie tylko ksiądz. Starczy Ci odwagi, by dziś położyć na kimś rękę i mu pobłogosławić, by się za niego pomodlić? By namaścić chorego olejkiem radości, nie tym sakramentalnym, ale zwykłym olejkiem, tak jak robili to przed wiekami nasi bracia w wierze, by dać ludziom namacalny znak swojej i Bożej miłości? Uwolnić się z duchowego „jajejctwa” („ja“, „ja“, ja“), przestać myśleć o sobie – swoich lękach, obawach, wizerunku, o tym czy jesteś za głupi, za słaby, czy godny i zacząć wreszcie myśleć o Bogu?

Jak będzie trzeba – mogę do śmierci jeździć po kraju i przekonywać księży i świeckich, że Pan Jezus jest ważniejszy od pana Hołowni i ojca Rydzyka, a moralność i eklezjologia to jeszcze nie całość teologii. Mogę debatować z moim kolegami księżmi, którzy będą mnie przekonywać, że „wiesz, to nie jest takie proste: państwo – Kościół, media, bioetyka”. Koledzy – wam już się wszystko pochrzaniło! To proste niczym mechanika cepa: jak ludzie zaczną od Boga, reszta sama się ułoży. Jak zaczną od tej reszty, ugrzęzną w publicystyce. To jest źródło mojej „Jezusologicznej” obsesji: najpewniejszą drogą, by ludzie zaczęli żyć przykazaniami jest doprowadzenie ich do punktu, w którym poznają i uwierzą Bogu, który im te przykazania dał.

Mamy więc teraz w polskim Kościele do „załatwienia” dwie pilne rzeczy. Pierwsza to Jezus Chrystus. Druga: Ewangelia. Jest wystarczająco dużo ludzi, którzy nie słyszeli o Jezusie, byśmy nie musieli marnować sił i czasu na powtarzanie błędów emigracyjnego rządu Polski sprzed pół wieku: w odcięciu od rzeczywistości udowadniania sobie nawzajem, kto z nas jest fajniejszy. Nie czekaj, aż „Kościół” coś zrobi, bo zostałeś ochrzczony i to Ty jesteś „Kościół”. Masz wszystkie narzędzia.

Do roboty!

zródło

 

POKORA BOGA OJCA- wstęp

Poprzedni artykuł, w którym pisałem o pokorze Trójjedynego Boga, wcieleniu i krzyżu, zrodził niebezzasadne pytanie dotyczące Boga Ojca: czy możemy mówić o pokorze Ojca w Jego relacjach z Synem i Duchem Świętym? Mówienie o pokorze pozostałych Osób Boskich wydaje się nie wzbudzać większych wątpliwości. Nieczęsto jednak mówi się w Kościele o pokorze Ojca. Tymczasem jest to, moim zdaniem, niezwykle istotna kwestia warta poświęcenia jej przynajmniej kilku artykułów. Przyjrzyjmy się więc wspólnie biblijnym i teologicznym podstawom mówienia o pokorze Boga Ojca.

Teologiczny punkt wyjścia: Atanazjańskie wyznanie wiary

Mówiąc o jakimkolwiek Bożym atrybucie, tak jak w tym przypadku o pokorze, istotne jest by pamiętać, że atrybut ten posiada w całej pełni każda z trzech Osób Boskich. Tę dynamikę oddaje bardzo dobrze Atanazjańskie wyznanie wiary. Niech zatem poniższy fragment symbolu stanie się punktem wyjścia dla naszych rozważań:

„Lecz Ojca i Syna i Ducha Świętego jedno jest Bóstwo, równa chwała, współwieczny majestat. Jaki Ojciec, taki Syn, taki Duch Święty. Niestworzony Ojciec, niestworzony Syn, niestworzony Duch Święty. Niezmierzony Ojciec, niezmierzony Syn, niezmierzony Duch Święty. Wiekuisty Ojciec, wiekuisty Syn, wiekuisty Duch Święty.Wszelako nie trzej wiekuiści, lecz Jeden wiekuisty. Jako też nie trzej niestworzeni, ani trzej niezmierzeni, lecz Jeden niestworzony i Jeden niezmierzony. Także wszechmogący Ojciec, wszechmogący Syn, wszechmogący Duch Święty. A jednak nie trzej wszechmogący, lecz jeden Wszechmogący. Tak Ojciec Bogiem, Syn Bogiem, Duch Święty Bogiem.A przecie nie trzej bogowie, lecz jeden jest Bóg. (…) A w tej Trójcy nic wcześniejszego albo późniejszego, nic większego albo mniejszego, ale wszystkie trzy osoby są sobie współwiekuiste, i równe.”[i]

Tymi słowami ujmuje credo biblijną zasadę doskonałej równości pomiędzy trzema Osobami Boskimi. Wieczność, niepojętość i chwała są na równi atrybutami Ojca, Syna i Ducha. Radykalna równość we wspólnocie Trójcy Świętej oznacza, że nie ma w Niej „nic wcześniejszego albo późniejszego, nic większego albo mniejszego” . Wykluczona zatem zostaje możliwość że którakolwiek z Osób jest „większa” lub „mniejsza” niż pozostałe. Zasada równości rozciąga się także na każde stwierdzenie dotyczące atrybutów Bożych.

W kontekście niniejszych rozważań oznacza to, że pokora jest atrybutem właściwym w takim samym stopniu Ojcu, Synowi jak i Duchowi Świętemu. Nie można mówić o pokornym Synu czy Duchu nie mówiąc o pokornym Ojcu. Podobnie błędne jest myślenie o którejkolwiek z Osób Boskich jako mniej lub bardziej pokornej niż pozostałe. Jeśli mówimy, że Bóg jest pokorny, to znaczy, że pokorny jest zarówno Ojciec, Syn jak i Duch Święty. Jeśli przypisujemy pokorę Synowi oraz Duchowi Świętemu, musimy także konsekwentnie przypisać ją Ojcu.

Kory Capps

https://korycapps.wordpress.com/2014/11/23/the-humility-of-god-the-father/

 


[i] Całość dostępna tutaj: https://www.ultramontes.pl/Quicumque.htm

O radykalizmie Jezusa i łzach Marii Magdaleny, wierze i zaufaniu z o. Raniero Cantalamessą OFMCap rozmawia Joanna Bątkiewicz-Brożek.  


Raniero Cantalamessa OFMCap – Urodził się 22 lipca 1934 r., od 1980 r. jest kaznodzieją Domu Papieskiego. Wyświęcony na kapłana w 1958 r., doktoryzował się z teologii na uniwersytecie we Fryburgu oraz z literatury klasycznej na Uniwersytecie Katolickim w Mediolanie. Jest związany z ruchem Odnowy w Duchu Świętym. 26 kwietnia 2010 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu w Maceracie.

Jezus jest o wiele bliższy tym, którzy grzeszą, niż tym, którzy sądzą, oceniają. Dla nas, współczesnych, wykształconych, żyjących według pewnych schematów moralnych, Jezus stanowiłby prowokację. I z całą pewnością wywołałby skandal. Z kaznodzieją papieskim zawsze chciałam porozmawiać o Jezusie. 

O, jak dobrze, że nie o skandalach w Kościele, aborcji czy obyczajach w Watykanie! To ważne, ale staram się jak najczęściej mówić tylko o Jezusie. Przekonuję, że ewangelizacja Europy, a więc i zmiany społeczne na dobre są niemożliwe, jeśli w centrum nie postawi się Jezusa Chrystusa!

Poza murami kościołów, w zwykłych rozmowach o Bogu czy wielkich debatach intelektualnych, między wiarą a rozumem, postać Jezusa pomija się milczeniem lub sprowadza do postaci historycznej.

Jezus jest nieobecny w trzech fundamentalnych dialogach: między wiarą a nauką, wiarą i filozofią oraz w dialogu między religiami. W tym ostatnim rozmawia się raczej o pokoju, bo imię Jezusa dzieli. Jezus jest poza centrum zainteresowania nauki, bo ona zajmuje się raczej procesem powstawania świata, mówi o „sile sprawczej”. Filozofia zaś zajmuje się konceptami metafizycznymi, a nie postaciami historycznymi. Bardziej niepokoi mnie fakt, że w wielu przeprowadzonych we Włoszech ankietach na pytanie: „W co wierzysz?”, prawie całe wierzące Włochy odpowiadają: „W Stwórcę” lub „Byt Najwyższy i życie po śmierci”. Nieliczni przyznają, że wierzą w Jezusa, który umarł, zmartwychwstał i żyje.

„Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie” – mówi Jezus. Co oznacza dla świata jedno z najtrudniejszych zdań Ewangelii?

Pewien znany w Mediolanie mistrz jogi i duchowości z Tybetu, chrześcijanin Masterbee, który przebrnął przez doświadczenie wielu religii, powiedział mi, że kiedy świadomie odrzucił Chrystusa, te słowa długo nie dawały mu spokoju, były natręctwem. Bo odrzucenie Jezusa oznacza wybór innej drogi od tej, którą Bóg wyznaczył ludziom. Św. Piotr ujmuje to najlepiej: „Nie ma innego imienia danego ludziom, w którym mogą osiągnąć zbawienie, jak imię Jezusa Chrystusa”. Chodzi więc o to, by uniknąć kreowania własnego obrazu Boga, dopasowanego do ludzkiej inteligencji. By uniknąć tego, o czym pisał św. Paweł – marginalizowania krzyża. Żydzi – pisał – oczekują znaków, a Grecy, których królem jest mądrość i wiedza – wyjaśnień i dowodów na istnienie Boga i Jezusa. Dzisiejszy świat zachowuje się jak spadkobierca mentalności Greków, wszystko musi być klarowne i udowadnialne.

Tymczasem Ewangelia daje przykład św. Piotra, który mimo że niewiele rozumiał, zdecydował się zaufać Jezusowi.

Św. Piotrowi, kiedy Jezus pyta, kim myślicie, że jestem, wydaje się, że nie wszystko rozumie. Ale ufa Jezusowi, bo wie dobrze, kim On jest. Taki jest sens naszej wiary. Nie wszystko musimy zrozumieć od razu, ale mamy zaufać komuś, kto udowodnił, że zasługuje na nasze zaufanie.

Może tu tkwi problem naszych relacji z Jezusem, bo my mamy kłopot z zaufaniem. Jak zaufać więc komuś, kogo człowiek nie rozumie?

Nad tym głowili się Pascal, Kierkegaard i inni: rozum nie dopuszcza do świadomości faktu istnienia czegoś, co go przewyższa. To jest granica, której racjonalizm nie akceptuje, rozum nie jest w stanie ogarnąć. I to jest granica, która oddziela wierzących od niewierzących. Spotykam takich ludzi na co dzień, tam, gdzie pracuję, chociażby w telewizji włoskiej RAI – słuchają i pracują intensywnie przy programach ze mną, ale nie przyjmują tego, o czym opowiadam – Ewangelii Jezusa, bo nie ma dla niej racjonalnego wytłumaczenia.

W jednym ze swoich programów mówił Ojciec, że „odrzucenie wiary w Jezusa jest niczym rezygnacja z przygody, jest pozbawieniem się ducha ryzyka”.

Po tym odcinku napisał do mnie niewierzący naukowiec: „Ojciec rzuca nam, niewierzącym, poważne wyzwanie!”. To faktycznie wywrotowa idea. Bo cóż znaczy wierzyć? Dobrze definiował to Kierkegaard: wierzyć to znaczy rzucić się na otwarte morze, tam, gdzie nad tobą jest tylko niebo, pod tobą 40 głębin wody. Dobrze ilustruje to przykład Ulissesa, według Dantego Alighieri, który docierając do granic ziemi, nie zawrócił, ale szedł dalej, rzucił się w kierunku nieznanego. Wiara jest otwarciem się na nieznane i nieskończone, ale nie na ślepo, z zamkniętymi oczyma. Mamy gwarancję, jest nią Jezus. Jego życie, śmierć i zmartwychwstanie. Jeśli więc mówić o przygodzie, to w kategoriach wykraczania poza obszary rozumu.

Przygoda kojarzy się z czymś, co nie jest ujęte w ramy i ścisłe reguły…

Zgadza się, jednak przygoda, której na imię wiara, była doświadczeniem wielu świętych. Jej odcienie, a więc Ewangelię, uwidocznili tacy święci jak św. Franciszek, wyznaczając nam szlak. Franciszek przeszedł jedną z najczystszych, najautentyczniejszych dróg, jakie zna ludzkość.

Jezus wymaga radykalizmu, na przykład gdy mówi, że powinniśmy mieć „w nienawiści ojca i matkę”(Łk 14,26).

Jezus nie chce, żebyśmy odrzucili rodziców. „Nienawidzić” (będziesz miał w nienawiści) w języku hebrajskim oznacza „kochać mniej niż”. W innej przypowieści Chrystus mówi to tak: „Kto kocha matkę i ojca bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”. Ale i tu nie chodzi o negację więzów rodzinnych, ale o czujność, żeby nie osłabiały one relacji z Chrystusem, nie stawały się pretekstem do zerwania jej. Jezus naucza o jedności małżeńskiej i nie wymaga od nikogo, by pozostawił współmałżonka, żeby za Nim iść. Wystarczy mieć świadomość, że niektórzy są powołani do wyboru drogi bardziej zawężonej, jak my – zakonnicy, księża. I to od nas Jezus wymaga radykalnego postępowania, rezygnacji ze wszystkiego w życiu.

Kiedy Jezus spotyka Marię Magdalenę, zrzuca płaszcz radykalizmu, jest miłosierny. Ale i tym razem wywołuje skandal.

W tej scenie Jezus dopuszcza się największej prowokacji. W Ewangelii znajdujemy mnóstwo przykładów na to, że Jezus jest o wiele bliższy tym, którzy grzeszą, niż tym którzy sądzą, oceniają. Dla nas, współczesnych, wykształconych, żyjących według pewnych schematów moralnych, Jezus stanowiłby prowokację. Ale nie wśród ludu, bo prości ludzie zwykle lepiej wyczuwają i rozumieją miłosierdzie Boże. I z całą pewnością zostałby odrzucony, wywołałby skandal w takiej sytuacji jak z Marią Magdaleną.


Jezus prowokuje też, kiedy mówi, że ubodzy duchem, cisi mają poważniejsze szanse na królestwo niebieskie. 

To oburzało m.in. Nietzschego. Dla niego chrześcijaństwo było religią resentymentów, słabych przeciw silnym. Oskarżał je o zakażenie świata „rakiem pokory”. Nietzsche mylił się dramatycznie! Kiedy na przykład interpretował słowa Jezusa: kto chce być pierwszy, będzie ostatni, a ostatni będzie pierwszy. Uznał to za deprymujące, pozbawiające człowieka woli i zdolności do realizacji własnych projektów, niweczące koncepcję nadczłowieka. Błąd tkwi w sposobie czytania tego fragmentu Ewangelii. Jeśli ktoś chce osiągnąć szczyt, niech realizuje swoje pragnienie. Jezus zmienia tylko zasady, jakimi trzeba się w takiej sytuacji kierować. Mówi: nie eliminuj innych, by wybić się na ich tle, bo w ten sposób idea nadczłowieka może doprowadzić do wynaturzeń, a nawet chęci eliminacji rasowej. Jezusowi chodzi o to, żeby zniżyć się i pomóc wstać innym. Żeby stać się ich sługą. Znakomitą ilustracją tych koncepcji pierwszeństwa w świecie jest przeciwstawienie postaci Hitlera i Matki Teresy z Kalkuty. Kto dzisiaj wybrałby Hitlera? Ale jeśli Nietzsche tak wypaczył chrześcijaństwo, być może sami chrześcijanie dali mu powody... Może zbyt dużo mówimy o krzyżu, a mało o zmartwychwstaniu Chrystusa. A przecież życie Jezusa nie kończy się na krzyżu. W wielu momentach chrześcijaństwo stwarzało wrażenie bycia jedynie religią wyrzeczeń, umartwiania się. Nadszedł czas, żeby przedstawić chrześcijaństwo jako religię radości.

Czy Jezus dzisiaj może być uważany za osobę realną, której można dotknąć?

Tak, ale jest jeden warunek: trzeba wejść z Nim w konkretną relację, żyć Jego słowem, nawiązać dialog. Wówczas Jezus przestaje być tylko ideą, wyobrażeniem, postacią historyczną. Staje się żywą obecnością w chwili, kiedy staje się miłością życia danej osoby. A kiedy ktoś jest naprawdę zakochany, osoba, którą kocha, jest zawsze obecna w myślach, zawsze obok, nawet jeśli jest fizycznie daleko. Kiedy odpowiesz na wezwanie Jezusa, na jego łaskę, Jego obecność staje się czymś naturalnym. W Jezusie trzeba się więc zakochać. Dla wielu Jezus jest zwykłą ideą, sprowadzany jest do ogółu doktryn, jakichś zasad, filozofii. Jest wielkim wyzwaniem dla współczesnego Kościoła głosić Jezusa jako osobę żywą, realną i obecną w życiu człowieka. Darem jest umiejętność głoszenia, że Jezus jest Panem życia. Że wchodzi do Twojego życia osobistego. Trzeba mówić o tym głośno, proponować takie podejście do Jezusa, nawet w gazetach, by pomóc ludziom dotrzeć do tego przesłania.

Osobowa relacja z Jezusem rodzi u niektórych obawy, że jej konsekwencją będzie m.in. rezygnacja z przyjemności, zabawy, dorobku życia.

Nic bardziej mylnego. Kiedy Jezus wejdzie do twojego życia, nie niszczy zamiłowań, twoich interesów, a raczej je uporządkuje. Jezus nigdy nie wchodzi w konflikt, nie burzy relacji miłosnej człowieka z drugim człowiekiem, z przyjaciółmi, małżonkiem, bo wszystkie te formy miłości w rzeczywistości pochodzą od Niego. Co jest najbardziej przygnębiające w sloganie z londyńskich autobusów, który obiegł świat dwa lata temu: „Boga prawdopodobnie nie ma. Przestań się zamartwiać, ciesz się życiem”? Nie przytyk do istnienia Boga, ale konkluzja: „ciesz się życiem”. Bo to oznacza, że Bóg w oczach świata jest wrogiem radości, że wymaga rezygnacji z życia w pełni. Takie myślenie jest jedną z wielkich przeszkód w zaangażowanie się w chrześcijaństwo. Tymczasem w Jezusie jest radość. To jest zadanie dla chrześcijan dzisiaj – udowodnić światu, że życie z Jezusem oznacza radość i szczęście. Jezus czeka na decyzję Twoją i moją, by wejść z Tobą w relację osobistą, by nie zostawiać w Twoim życiu miejsca na inne pragnienia, by On stał się tym, który urzeczywistnia wszystko.

 

https://www.katolik.pl/zakochac-sie-w-jezusie,23269,416,cz.html?s=2

Czy zadałem sobie kiedykolwiek pytanie: "Dlaczego istnieję?". Przecież tak nie musiało być. Świat w swych kosmicznych przestworzach i na przestrzeni miliardów lat "poradziłby sobie" równie dobrze, gdyby mnie nie było. A jednak jestem, mogę czytać te słowa i stawiać sobie takie pytania, na które odpowiedź będzie musiała sięgnąć nieskończoności...

Bóg cię kocha

Zapewne nieraz słyszeliśmy w naszym życiu słowa: "Bóg cię kocha". I może nieraz wzbudzały one w nas irytację, reagowaliśmy wzruszeniem ramion i z różnych względów dystansowaliśmy się od nich. Tego, kto je do nas kierował, uważaliśmy na mało wiarygodnego:
- Przecież on nas nie zna, nie rozumie, nie wie, co czujemy, łatwo mu powiedzieć taki piękny slogan, ale brzmi to zgoła jak jakaś ideologia.

Mogło też jednak być inaczej. Kiedy w Krakowie żył jeszcze ojciec Romuald Szczałba, wiele osób przychodzących wyspowiadać się u niego do kapucyńskiego klasztoru, zanim otrzymało stosowne pouczenie i rozgrzeszenie, mogło usłyszeć jego "sakramentalne": "Dziecko kochane, Pan Bóg cię tak bardzo kocha"... I wcale nie miało się wrażenia, że jest to tylko religijny frazes. Albo ojciec Benignus Sosnowski, więzień Oświęcimia i apostoł trzeźwości, którego "Pan Jezus cię kocha" niejednego alkoholika postawiło na nogi, wyznaczając zwrotny moment w jego życiu.

To z pewnością tajemnica, kiedy takie proste słowa znajdują drogę do ludzkiego serca, co nie zmienia jednak faktu, że kryją one w sobie głęboką prawdę i odpowiedź na pytanie o sens ludzkiego życia.

Czasami mówi się, że człowiek żyje po to, by kochać Pana Boga. Owszem, jest to prawda, ale nie można zapominać, że kolejność jest w istocie odwrotna: żyję, istnieję, ponieważ Pan Bóg pierwszy mnie pokochał. Miłość Boża tym właśnie wyróżnia się na tle ludzkiego doświadczenia miłości, że jest całkowicie bezinteresowna i bezwarunkowa. Bóg nie kocha za coś albo po coś. On kocha, ponieważ po prostu sam jest Miłością.

Autor Księgi Powtórzonego Prawa, zastanawiając się nad tym, dlaczego Pan Bóg wybrał lud izraelski, pisze: Pan wybrał was i znalazł upodobanie w was nie dlatego, że liczebnie przewyższacie wszystkie narody, gdyż ze wszystkich narodów jesteście najmniejszym, lecz ponieważ Pan was umiłował (Pwt 7,7-8a) – i słowa te każdy z nas może odczytać jako mówiące właśnie o nim, podpowiadające odpowiedź na pytanie "dlaczego istnieję".

Miłość Boża jest też "wieczysta". Nigdy się nie wyczerpie, nigdy się nie skończy. Bóg zawsze kocha i nie ma takiej siły na świecie ani takiej słabości i grzechu w człowieku, które mogłyby tej miłości zagrozić. Pojęcie wieczności jest dla nas nieco abstrakcyjne, Księga Izajasza przybliża nam ją za pomocą obrazu: Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie, mówi Pan (Iz 54,10). W każdym razie, jeśli na tym świecie jest coś pewnego, na czym można się oprzeć, to jest to właśnie prawda o Bożej miłości do każdego człowieka.

Z wymową słów "Bóg cię kocha" najbardziej kłóci się nasze ludzkie doświadczenie odrzucenia, poniżenia, braku poczucia własnej wartości, nieumiejętności odnalezienia się w czasem brutalnym świecie, jaki nas otacza. By przedrzeć się przez to wszystko i otworzyć się na doświadczenie miłości Pana Boga, trzeba odwołać się do podstawowej prawdy, że istnieję, żyję, że jest to coś cudownego i nie byłoby to możliwe, gdyby nie istniał Ktoś, kto to sprawił, kto jest Miłością i wciąż stoi przy mnie. Pismo Święte tak opisuje to doświadczenie: Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Panie, miłośniku życia! (Mdr 11,24-25).

Czy On mnie lubi?

Prawdę o Bożej miłości możemy przyjąć intelektualnie i powiedzieć: "Tak, w istocie tak musi być, Pan Bóg rzeczywiście jest Miłością". Możemy nawet z wielkim zaangażowaniem głosić tę prawdę innym (jak chociażby próbuje to czynić autor artykułu). Przed każdym z nas pozostanie jednak wyzwanie, by pokonać drogę, o której niektórzy mówią, że jest najdłuższym dystansem na świecie – drogę od intelektu do serca.

Tak, wiem, że Pan Bóg mnie kocha, ale czy On mnie lubi?" – tak sformułowany dylemat dobrze oddaje opisany powyżej stan. Słowo "kocha" oznacza dla nas pewien ideał, może być odległe, zbyt "wielkie". Na początek wystarczyłoby doświadczyć, że Pan Bóg nas tak po prostu "lubi" i gdyby miał swój profil na Facebooku, od razu dodałby nas do znajomych, chciałby wpaść do nas na kawę i zrobić niespodziankę na urodziny – zwyczajnie zależy Mu na nas i lubi przebywać w naszej obecności.

Chodzi o pewne unikalne, wewnętrzne, osobiste doświadczenie spotkania twarzą w twarz z Miłością, które nie pozostawia wątpliwości, staje się faktem, punktem zwrotnym i punktem odniesienia. Chodzi o spotkanie, które stanowi istotę chrześcijańskiego doświadczenia wiary i prowadzi do coraz pełniejszego rozumienia, przyjmowania i głoszenia Bożej miłości.

Co zrobić, by przeżyć takie spotkanie? Czy można je jakoś sprowokować, przyspieszyć, zaplanować, zaaranżować?

Czasami czytamy o ludziach, którzy je przeżyli i dzielą się swoim doświadczeniem. Naszą reakcją bywa wtedy myśl: "Takim to dobrze, też chciałbym tak wyraźnie doświadczyć Bożej miłości".

I ja kiedyś przeżyłem takie osobiste doświadczenie spotkania z Bogiem, który dał mi do zrozumienia, że zna mnie doskonale, lepiej niż ja sam siebie (był to ten element, dzięki któremu mogłem siebie lepiej poznać i zrozumieć). Zrozumiałem wtedy, że Bóg bardzo mnie kocha i zależy Mu na mnie, pomimo tego, co jest we mnie. Co więcej, chce mi pomagać się zmieniać, chce naprawdę zaangażować się w moje życie. To spotkanie całkowicie mnie zaskoczyło, może dlatego, że objawiło nową prawdę o mnie, której sobie wcześniej nie uświadamiałem.

Dlatego nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mógłbym się w jakikolwiek sposób do niego przyczynić – sam Pan Bóg wybrał miejsce i czas. Z mojej strony było jedynie autentyczne, choć często po omacku, poszukiwanie prawdy. Wciąż widzę moją ówczesną próbę stanięcia w prawdzie i tę – chyba najbardziej szczerą w moim życiu – modlitwę: "Panie Boże, ja już dalej tak nie mogę, ratuj, zmiłuj się nade mną!". To chyba ona otwarła mi wtedy drogę do doświadczenia ogarnięcia miłością i zrozumieniem przez Boga, którego po raz pierwszy poznałem w ten sposób.

Jeśli chcesz

W ludzkich relacjach mówi się niekiedy o tak zwanej "toksycznej miłości". Ma ona różne wymiary, ale – mówiąc w największym skrócie – chodzi o sytuację dominacji, zawłaszczenia, zniewolenia jednej osoby przez drugą, która wykorzystując swoją przewagę i słabości partnera, zamienia łączącą je relację w rodzaj więzienia i potrzasku.

W tym kontekście jakże poruszają słowa Jezusa skierowane do wszystkich, których zaprasza na drogę miłości do Boga: "Jeśli chcesz...". W miłości Bożej niezwykłe jest to, że choć jest ona tak wielka, tak doskonała i nieskończona, pozostawia człowiekowi całkowitą wolność – do mnie należy decyzja, czy ją przyjmę.

Możemy tutaj dostrzec przejaw wielkiego szacunku, jakim Pan Bóg darzy człowieka, traktując go jako prawdziwego partnera przymierza, przyjaciela, członka rodziny. I choć zawsze musimy pamiętać o nieskończonym dystansie, jaki dzieli nas, stworzenia, od Stwórcy, to zarazem wydarzenie Wcielenia, prawda o Bogu, który stał się człowiekiem, ustawia ten dystans w zupełnie nowej perspektywie.

Księga Apokalipsy rysuje przed nami obraz Jezusa, który puka do drzwi naszego serca: Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną (Ap 3,20). Tajemnica delikatności Boga polega na tym, że klamka znajduje się wyłącznie po naszej stronie, a On sam nie może otworzyć drzwi, bo potrzebuje naszej zgody i zaangażowania.

Z wyliczanki modlitwa

Zapewne pamiętamy z lat dziecinnych wyliczankę: "Kocha, lubi, szanuje...". Niektórzy uważają, że powinno się ją czytać w odwrotnej kolejności, bo to lepiej oddaje dynamikę wzrastania w miłości: od szacunku, przez sympatię, do prawdziwego pokochania drugiej osoby. Jeśli nieco ją "ocenzurujemy", usuwając sytuacje, które przynależą do relacji czysto ludzkich, otrzymamy zapadającą w pamięć rymowankę, którą można by nawet potraktować jako tekst powtarzanej w sercu modlitwy, a puentujący ją obraz zaślubin odczytywać jako podarowane świętym doświadczenie prawdziwego zjednoczenia z Bogiem w miłości, do którego tak naprawdę wezwany jest każdy i każda z nas

 

https://www.katolik.pl/bog-kocha--lubi--szanuje,23127,416,cz.html?s=1

Modlitwa Wstawiennicza

Na czym polega modlitwa wstawiennicza?

Jest ona modlitwą, podczas której grupa osób wstawia się za człowiekiem potrzebującym umocnienia, uzdrowienia, uwolnienia, przez co objawia się i urzeczywistnia zatroskanie Boga o człowieka, który jest wrażliwy na jego cierpienie, grzech, zniewolenie.


Modlitwa wstawiennicza nie jest niczym innym, niż  jednym z rodzajów modlitwy prośby, wyróżniającym się tym, że nie modlimy się w niej za nas samych, ale  za kogoś innego. Osoba, za którą się modlimy przychodzi, sama prosi o modlitwę i podaje jej szczegółową intencję. 

Oprócz modlitwy, osoba otrzymuje doświadczenie Kościoła podczas modlitwy wstawienniczej. Człowiek czuje, że ktoś jest przy nim, że nie jest sam ze swoimi problemami.

Dlaczego lepiej modlić się wspólnotowo niż pojedynczo?

Pismo Święte mówi: „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (MT 18, 20) oraz „Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie” (Mt 18, 19). Zapewnienie obecności samego Jezusa podczas takiej modlitwy, oraz większa skuteczność tej modlitwy, zachęca Nas do jej praktykowania.

Jeżeli potrzebujesz modlitwy, zapraszamy.

Modlitwa odbywa się w salce Domu Katolickiego, w co drugą sobotę przed spotkaniem modlitewnym Wspólnoty Nowy-Pęd, od godz. 16:00. Najlepiej umówić się mailowo (intencje.modlitewne@op.pl) lub telefonicznie-sms (501377219).

Pamiętaj, aby przystąpić do modlitwy w stanie łaski uświęcającej. W stanie grzechu ciężkiego jesteśmy oddaleni od Pana Boga i niezdolni przyjąć Jego dary. 

modlitwa-wstaw

Kurs Alfa

Alfa Sucha 

Pragniemy zaprosić chętnych na kurs w Suchej Beskidzkiej.

Gościnność, rozmowa, zrozumienie i ciekawe historie to określenia kursu Alfa, które niezwykle trafnie charakteryzują nas i naszych przyjaciół. 

Przyjdź i przekonaj się sam!


Czym jest kurs Alfa

Co to jest Kurs Alfa? 
Alfa to cykl 10 spotkań prezentujących podstawy chrześcijaństwa, w sposób przystępny i nie wywierający presji. Jest to miejsce, gdzie można dzielić się swoimi przemyśleniami i odkrywać sens życia. Alpha jest przeznaczona w pierwszym rzędzie dla osób, które nie chodzą do kościoła lub nie byli w kościele od dawna, a są zainteresowani wiarą chrześcijańską.

Zapraszamy na stronę naszych przyjaciół ze wspólnoty Góra Oliwna, to od nich uczyliśmy się prowadzić kursy Alfa.

Fundacja Nowy Pęd

Celem Fundacji jest: 
  1. Zapobieganie w duchu chrześcijańskim zjawiskom patologicznym powszechnie występującym we współczesnym społeczeństwie: chorobom, przemocy, biedzie, bezrobociu, przestępczości, narkomanii, alkoholizmowi i innym uzależnieniom. 
  2. Organizowanie w duchu chrześcijańskim pomocy materialnej, edukacyjnej, prawnej, medycznej: osobom bezrobotnym, resocjalizowanym, wychodzącym z nałogów i ich rodzinom. 
  3. Pomoc materialna, edukacyjna, prawna, medyczna osobom niepełnosprawnym, przewlekle chorym, starszym i innym w skrajnie trudnej sytuacji materialnej.

 
Obszary działań
  1. Działalność charytatywna
  2. Pomoc społeczna, w tym pomoc rodzinom i osobom w trudnej sytuacji życiowej oraz wyrównywanie ich szans
  3. Pomoc ofiarom katastrof, klęsk żywiołowych, konfliktów zbrojnych i wojen w kraju i za granicą
  4. Działalność na rzecz osób niepełnosprawnych
  5. Działalność na rzecz osób w wieku emerytalnym
 
  1. Ochrona i promocja zdrowia
  2. Przeciwdziałanie uzależnieniom i patologiom społecznym